<title_newspaper="Gazeta Robotnicza">
<title_article="Zdemaskowany kombinator">
<author_1="A. Gunia.">
<language="pl"> 
<style="press"> 
<year="1954">
<month="10">
<date="1954-10-20">
<period="d">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Z Janem Kotem z Dlugołęki w powiecie Oleśnica przez długi czas trudno było dojść do jakiegoś porozumienia. Zachodzili do niego aktywiści i tłumaczyli mu, że jak planu dostaw zboża nie wykona, to nie tylko sobie ale i gromadzie zaszkodzi. Kot — grzecznie słuchał, ale wciąż wzruszał tylko ramionami i odpowiadał:
— Darujcie moi złoci, ale nie wykonam planu, nie dam rady! 4 ha ziemi odłogiem u mnie leży, stary jestem, nie mogę pracować. Skąd mam zboże? Z rękawa nie wytrzepię!
— Trudno było z nim gadać. Z resztą Kot rzeczywiście wyglądał na  niedołężnego starowinę. Ale jak uwierzyć w to, że mu nikt w gospodarce nie pomaga? Żona przecież dużo od niego młodsza i zdrowa, a trzej dorośli synowie też na pewno ręce mają nie od parady.
Ale Kot uparł się. Wiecznie obstawał przy swoim, że planu nie wykona, bo większość ziemi leży nieuprawiona. Tak było w Kolegium Orzekającym, a nawet u Prokuratora mówił tak przekonywująco, tak żarliwie zapewniał o swojej niewinności, że prokurator uwierzył.
Wreszcie do rozstrzygnięcia sprawy ugorów Kota zabrał się sołtys w Długołęce, Gabriel Wierzchowski.
Wierzchowski zaczął od tego, że najpierw poszedł do Kota i zaczął go na nowo przekonywać. Kiedy jeszcze znowu usłyszał starą śpiewkę o niedołęstwie i ugorach, ukłonił się grzecznie i wyszedł. Wrócił na drugi dzień, ale wspólnie z całą gromadzką komisją rolną. Weszli do chaty, pozdrowili Kota uprzejmie i poprosili, żeby im pokazał te swoje ugory.
Nie było rady. Trzeba było z komisją iść w pole. Kot liczył wprawdzie jeszcze na to, że może nie będą tak dokładnie wymierzać i uda się jakoś wykręcić kłamstwem. Ale słaba to była nadzieja.
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language>
</author_1> 
</title_article>
</title_newspaper>